Od pierwszego startu w 2019 roku sieć Starlink rozrosła się do rozmiarów, które sprawiają, że satelity firmy Elona Muska odpowiadają już za ponad dwie trzecie wszystkich aktywnych obiektów tego typu na orbicie. Problem polega jednak na tym, że każdy satelita ma ograniczoną żywotność. Po około pięciu latach wraca na ziemię i ulega spaleniu. Obecnie takich powrotów dochodzi średnio do jednego lub dwóch dziennie.
To właśnie ten etap budzi coraz większe pytania. Choć większość satelitów spala się niemal całkowicie, część może pozostawiać szczątki lub uwalniać do atmosfery znaczne ilości materiałów, z których zostały zbudowane. Wraz ze wzrostem liczby urządzeń na orbicie problem będzie się tylko nasilał. Oznacza to nie tylko większe zanieczyszczenie nocnego nieba światłem, ale także rosnącą ilość kosmicznych odpadów wracających na Ziemię.
Teoretycznie, w scenariuszu idealnym, satelity spadające na Ziemię nie powinny być problemem innym niż zwykłe śmiecenie. Firmy dobierają trajektorię w taki sposób, aby ewentualne odpadki, które przetrwały spalanie w atmosferze spadły w miejsca niezaludnione – oceany i pustynie. Wraz z liczbą satelitów wzrasta jednak szansa na niepowodzenie takiego scenariusza. Naukowcy zwracają również uwagę na skutki środowiskowe. Podczas spalania satelitów do górnych warstw atmosfery trafia aluminium, tworzywa sztuczne, metale i pozostałe materiały konstrukcyjne. W niektórych okresach liczba spalających się satelitów była tak duża, że ilość aluminium trafiającego do atmosfery przewyższała naturalny dopływ materiału pochodzącego z meteorytów nawet kilkukrotnie.
Coraz częściej mówi się też o wypadkach. Satelity Starlink już teraz muszą wykonywać kilkanaście manewrów dziennie, aby unikać kolizji z sąsiadami. Zagrożeniem może być więc sytuacja, w której liczba obiektów na orbicie osiągnie poziom prowadzący do lawinowych kolizji między satelitami. Taki scenariusz, określany jako syndrom Kesslera, mógłby sprawić, że korzystanie z niskiej orbity stałoby się niezwykle trudne lub wręcz niemożliwe.
Według ekspertów granica bezpiecznej liczby satelitów na orbicie może być już bardzo blisko, a być może została nawet przekroczona. Ich zdaniem konieczne jest opracowanie nowych rozwiązań zapewniających dostęp do Internetu i innych usług przy wykorzystaniu znacznie mniejszej liczby urządzeń kosmicznych. Problem komplikuje fakt, że obowiązujące regulacje nie nadążają za rozwojem branży.
Obecne przepisy międzynarodowe pochodzą z czasów zimnej wojny i nie uwzględniają dominacji prywatnych firm w przestrzeni kosmicznej. W efekcie wiele pytań dotyczących odpowiedzialności za kosmiczne odpady czy wpływu satelitów na środowisko pozostaje dziś bez jednoznacznej odpowiedzi. Cała sytuacja pokazuje, że przestrzeń kosmiczna staje się coraz bardziej zatłoczonym i jednocześnie słabo regulowanym środowiskiem, w którym interesy naukowe, technologiczne i społeczne zaczynają się coraz mocniej ścierać.