Podziel swój biznes

Przemysł elektroniczny niejednokrotnie doświadczał skutków naturalnych lub wywołanych przez człowieka katastrof. 11 września 2001, epidemia SARS w Chinach w 2003 roku, ubiegłoroczny wybuch wulkanu na Islandii lub obecne trzęsienie ziemi w Japonii to z pewnością przykłady, gdy ciągłość światowego łańcucha zaopatrzenia przemysłu elektronicznego była przerywana, a producenci borykali się z wielkimi kłopotami zaopatrzenia w podzespoły. Patrząc na ostatnie trzy lata wstecz, widzimy nawet, że problemy z kupnem komponentów pojawiają się przy każdej większej niestabilności na rynku, na przykład w kryzysie, przy rozchwianej gospodarce lub jako skutek zwykłej paniki inwestorów.

Dodaj do ulubionych źródeł w Google
Posłuchaj
00:00

Nawet jeśli takich zdarzeń nie uznaje się za coś wyjątkowego i przyjmiemy do wiadomości, że czasem się po prostu one zdarzają, to jednak z każdym kolejnym rokiem ich wpływ na przemysł elektroniczny jest coraz większy. Elektroniki w naszym życiu jest więcej, odpowiada ona za nowe funkcjonalności i przynosi coraz więcej dochodów. Dlatego każde zakłócenie delikatnego mechanizmu zaopatrzenia długo odbija się czkawką. Czy jest jakaś możliwość, aby się przed tym zabezpieczyć?

Wiele lat temu w przemyśle elektronicznym dominował pionowy model organizacji produkcji, w ramach którego firmy starały się wytwarzać możliwie wszystko we własnym zakresie za pomocą rozbudowanych fabryk. Sposób ten miał wiele wad ekonomicznych i z pewnością był też bardzo wrażliwy na katastrofy. Dlatego zapewne z czasem upowszechnił się outsourcing. Znaczna część produkcji, serwis, magazyn, obsługa klienta i podobne aspekty zaczęto przekazywać do firm zewnętrznych, a rozproszenie biznesu obniżyło ryzyko związane z katastrofami i jednocześnie poprawiło rentowność.

Szybko się okazało, że czynnik ekonomiczny jest w światowej kooperacji najważniejszy, a w tanich rejonach, takich jak na przykład Chiny i Indie, zaczęły powstawać zakłady produkcyjne pracujące na rzecz macierzystych korporacji, zapewniając im konkurencyjne ceny. Outsourcing w elektronice osiągnął obecnie taką skalę, że dzisiaj zaopatrzenie pracuje na krawędzi swoich możliwości i jest zoptymalizowane do granic ekonomicznych.

Produkcja z dostawami just-in-time, transport w 24h od zamówienia, utrzymywanie minimalnych stanów magazynowych u producentów uzupełnianych błyskawicznie na żądanie to z pewnością wynik silnej presji na koszty. Póki wszystko działa jak należy, system ten można uznać za optymalny, nawet jeśli zaopatrzenie wymaga ściągania towaru z wielu kontynentów i ciągłego przerzucania przesyłek przez oceany.

Niemniej każda większa katastrofa zwraca uwagę na ryzyko biznesowe, dzisiaj drugorzędne. Po 11 września wiele amerykańskich firm otworzyło swoje fabryki i oddziały usługowe w pobliskim Meksyku, po to, aby mieć bardziej elastyczną strukturę i nie być skazanymi tylko na Daleki Wschód. Taką kooperację bez konieczności pokonywania odległości międzykontynentalnych w transporcie nazwano near-sourcing i z pewnością była ona zwrotem i pierwszym krokiem w kierunku zapewnienia mniejszego ryzyka biznesowego.

Oczywiście rozproszenie produkcji po świecie nie jest proste i wiąże się z dodatkowymi kosztami. Co więcej, aby było skuteczne, nie może dotyczyć tylko produkcji, bo jeśli w wyniku nieszczęścia zakłady nie zostaną naruszone, to zawsze jeszcze gdzieś trzeba kupić materiały i podzespoły. Wydaje się, że ograniczenie ryzyka musi być wynikiem wielu działań, na pewno rozproszenia fabryk i magazynów, ale także wypracowania przez firmy wielu źródeł dostaw i transportu. Być może powinno to objąć posiadanie alternatywnych producentów elementów i strategicznych zapasów pozwalających przetrwać okres paniki.

Takie działania już są podejmowane i określa się je nazwą share-of-business. Zamiast jednego producenta podzespołów wybiera się trzech z różnych rejonów świata i konsekwentnie dzieli pomiędzy nich zakupy.

Skoro, jak podały media, w wyniku trzęsienia ziemi Renesas, piąty światowy dostawca półprzewodników, stracił około połowy swoich zdolności produkcyjnych, to znak, że czas eksperymentów i łatwych rozwiązań biznesowych opierających się na jednym źródle zaopatrzenia już chyba minął.

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj ElektronikaB2B do ulubionych źródeł
Zobacz więcej w kategorii: Opinie
Pomiary
Instrument-as-a-Software - instrumenty pomiarowe definiowane programowo
Pomiary
Czujniki kwantowe – przyszłość metrologii
Produkcja elektroniki
Certyfikacja: ufność czy ograniczone zaufanie?
Zasilanie
Zasilanie pionowe lekarstwem na problemy z integralnością
Zasilanie
Zasilanie 0,3 V w układach cyfrowych
Produkcja elektroniki
Analizy procesów i dokumentacja techniczna - tworzyć, czy nie?
Zobacz więcej z tagiem: Artykuły
Magazyn
Wrzesień 2026
Magazyn
Sierpień 2026
Targi zagraniczne
Electronica 2026 - targi i konferencja producentów elektroniki

Zobaczyć obiekt oczami radaru, czyli dlaczego potrzebujemy laboratorium do pomiarów RCS?

Radar postrzega świat inaczej niż człowiek. Zamiast obrazu tworzonego przez światło widzialne rejestruje echo wysłanej fali elektromagnetycznej. Na odpowiedź radarową obiektu wpływają nie tylko jego rozmiary, lecz także kształt, zastosowane materiały, częstotliwość oraz kierunek obserwacji. Dlatego dwa przedmioty o podobnych wymiarach mogą być dla radaru widoczne zupełnie inaczej. Jak zatem sprawdzić, co radar rzeczywiście "widzi"? Służą temu pomiary RCS, prowadzone między innymi w specjalistycznych laboratoriach, które zapewniają kontrolowane i powtarzalne warunki oraz umożliwiają uzyskanie dokładności wymaganej w danym zastosowaniu.
Zapytania ofertowe
Unikalny branżowy system komunikacji B2B Znajdź produkty i usługi, których potrzebujesz Katalog ponad 7000 firm i 60 tys. produktów