Czy musimy bać się elektroniki?

Podchodzącemu do lądowania na lotnisku Heathrow Boeingowi 777 w połowie stycznia tego roku w ułamku sekundy wysiadło zasilanie, co zmusiło pilotów natychmiastowego awaryjnego lądowania, w czasie którego połamały się koła, a samolot wylądował ślizgając się kadłubem po asfalcie.

Dodaj do ulubionych źródeł w Google
Posłuchaj
00:00

Awaria zdarzyła się tuż przed przyziemieniem, dzięki czemu obyło się bez strat w ludziach, ale lepiej nie myśleć co byłoby, gdyby zasilanie wysiadło nawet chwilę wcześniej. Wypadek ten wywołał wiele dyskusji na temat niezawodności układów elektronicznych i mechatronicznych, gdyż samolot ten jest pierwszym modelem Boeinga wyposażonym w system fly-by-wire, który wykorzystuje serwomechanizmy, cyfrową magistralę komunikacyjną i elektroniczne sterowniki w miejsce tradycyjnych układów mechanicznych.

O elektronicznych systemach sterowania zastępujących układy mechaniczne mówi się od dawna. Elektryczne hamulce lub układ kierowniczy zapowiadane były już wiele lat temu jako technologia, która wraz z przejściem na 42-woltowe zasilanie miała zrewolucjonizować konstrukcję współczesnych pojazdów. Niechęć klientów do technologii opartych na wyłącznie elektronicznym sterowaniu jest niestety bardzo duża, co powoduje szereg obaw nie tylko o tempo rozwoju, ale nawet o przyszłość dla tego rynku.

Opisany wypadek dostarcza niestety kolejnych argumentów sceptykom i zmusza do poważnego zastanowienia się, czy w ogóle jesteśmy w stanie zapewnić właściwy poziom niezawodności elektroniki niezbędny w zastosowaniach profesjonalnych. Zdublowane magistrale, podwójne sterowniki, rozproszone systemy decyzyjne lub nawet potrójne zabezpieczenia okazały się nieskuteczne w samolocie na wydawałoby się trywialną awarię, jaką jest brak zasilania, które też przecież było redundantne.

Kosztowny samolot można wyposażyć w rozbudowane zabezpieczenia, niemniej nie da się tego zrobić w wrażliwej na cenę konstrukcji samochodu. Nie korzystamy jeszcze z systemów drive-by-wire ani brake-by-wire, a mimo to jak podaje niemieckie stowarzyszenie motoryzacyjne ADAC zajmujące się m.in. pomocą dla kierowców pojazdów, które doznały awarii na drodze, problemy elektryczne zanotowane zostały aż w 850 tysiącach z 2,5mln interwencji w latach 2006-2007. Oprócz statystyk z działów serwisu, które niczym sprzężenie zwrotne zmuszają producentów do weryfikacji projektów, coraz bardziej istotny staje się niepokój użytkowników.

Wielu kierowców doskonale wie, jaki problem powstaje podczas jazdy, gdy zgaśnie silnik i zniknie działanie układów wspomagania. Lata pracy z zawieszającym się oprogramowaniem, niedbale napisany kod embedded zmuszający dzisiaj do aktualizacji oprogramowania komputer sterujący samochodem i ładowarkę akumulatorów, jak również niedopracowane konstrukcje układów wyrobiły naturalny odruch ochronny przed skomplikowanymi układami elektronicznymi. Proste jest uważane za lepsze, bo się nie psuje.

Zapewnienie wysokiej niezawodności bez stosowania drogiej i często niedostępnej nadmiarowości, jest niewątpliwie wielkim wyzwaniem dla branży motoryzacyjnej. Problem ten jest na tyle poważny, że w przypadku wielu projektów, zamiast decyzji o zwiększeniu nakładów pracy i środków na badania i rozwój, może nawet dojść do ich zaniechania. Nie da się wprowadzać zmian wbrew oczekiwaniom klientów, a przecież każda inwestycja w nowe technologie powinna się kiedyś zwrócić.

Niestety przez cały czas zysk z zastosowania sterowania elektronicznego jest tylko życzeniem. Na razie musimy się pogodzić z tym, że nie potrafimy zastąpić w pełni układów mechanicznych zapewniając wysoką niezawodność i w najbliższych latach mechaniczne systemy sterowania nie tylko nie zostaną zastąpione elektroniką, a jedynie będą przez nią wspomagane. Jedynym elementem, który dostąpił zaszczytu pełnej elektronizacji w samochodzie jest pedał gazu, ale biorąc pod uwagę jak niewielki wpływ jego awarii na bezpieczeństwo, trudno uznać to za jakiś sukces. Trzeba zatem uderzyć się w piersi i przyznać, że mimo upływających lat nie mamy czym się pochwalić. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że szydercze uśmiechy sceptyków nie odbiorą nikomu zapału do dalszej ciężkiej i długiej pracy.

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj ElektronikaB2B do ulubionych źródeł
Zobacz więcej w kategorii: Opinie
Pomiary
Lokalizacja bez GPS-a coraz bardziej potrzebna
Pomiary
Instrument-as-a-Software - instrumenty pomiarowe definiowane programowo
Pomiary
Czujniki kwantowe – przyszłość metrologii
Produkcja elektroniki
Certyfikacja: ufność czy ograniczone zaufanie?
Zasilanie
Zasilanie pionowe lekarstwem na problemy z integralnością
Zasilanie
Zasilanie 0,3 V w układach cyfrowych
Zobacz więcej z tagiem: Artykuły
Magazyn
Październik 2026
Magazyn
Wrzesień 2026
Magazyn
Sierpień 2026

Zobaczyć obiekt oczami radaru, czyli dlaczego potrzebujemy laboratorium do pomiarów RCS?

Radar postrzega świat inaczej niż człowiek. Zamiast obrazu tworzonego przez światło widzialne rejestruje echo wysłanej fali elektromagnetycznej. Na odpowiedź radarową obiektu wpływają nie tylko jego rozmiary, lecz także kształt, zastosowane materiały, częstotliwość oraz kierunek obserwacji. Dlatego dwa przedmioty o podobnych wymiarach mogą być dla radaru widoczne zupełnie inaczej. Jak zatem sprawdzić, co radar rzeczywiście "widzi"? Służą temu pomiary RCS, prowadzone między innymi w specjalistycznych laboratoriach, które zapewniają kontrolowane i powtarzalne warunki oraz umożliwiają uzyskanie dokładności wymaganej w danym zastosowaniu.
Zapytania ofertowe
Unikalny branżowy system komunikacji B2B Znajdź produkty i usługi, których potrzebujesz Katalog ponad 7000 firm i 60 tys. produktów