W tym kontekście prace nad Chips Act 2.0 nabierają szczególnego znaczenia – to nie tylko rozwinięcie wcześniejszej strategii, ale przede wszystkim próba jej korekty i dostosowania do realiów branży.
Czynniki geopolityczne stały się dziś jednym z kluczowych elementów przy podejmowaniu decyzji biznesowych. W przypadku fabryk półprzewodników, których budowa kosztuje miliardy euro, a cykl życia liczony jest w dekadach, firmy coraz większą wagę przykładają do stabilności regulacyjnej oraz dywersyfikacji geograficznej. Układy scalone stały się kluczowym elementem globalnej rywalizacji. Nie chodzi już tylko o technologię – dziś to również kwestia bezpieczeństwa gospodarczego i odporności państw na kryzysy. I tu pojawia się problem dla Europy. Jedno to budowanie niezależności, a drugie – udowodnienie, że lokalna produkcja będzie w stanie utrzymać się rynkowo w dynamicznie zmieniającym się otoczeniu.
Odpowiedzią Europy jest powrót do aktywnej polityki przemysłowej. Programy takie jak EU Chips Act oraz inicjatywy krajowe mają odbudować lokalne moce produkcyjne i zmniejszyć uzależnienie od zewnętrznych dostawców. Czy Europa zdoła jednak utrzymać równowagę między otwartością a kontrolą strategiczną? Z jednej strony chodzi o ograniczanie zależności, z drugiej o pozostanie atrakcyjnym partnerem dla inwestorów i globalnych firm. Zbyt ostrożne działania mogą utrwalić istniejące słabości, a zbyt agresywne – zniechęcić kapitał i partnerów technologicznych.
Stara strategia ma wiele wad
Obecnie, decydenci są świadomi, że obecna strategia jest niemalże prowizoryczna. Pierwsza wersja europejskiego Chips Act powstała w wyjątkowo trudnym momencie. Niedobory z czasów pandemii, napięcia geopolityczne i rosnąca presja ze strony Stanów Zjednoczonych sprawiły, że Bruksela musiała działać szybko. Pierwsza wersja programu była przede wszystkim reakcją na kryzys. Decyzje podejmowano w pośpiechu, pod presją problemów z łańcuchem dostaw i sytuacji międzynarodowej. Tempo pozwoliło zbudować polityczny impet, ale odbyło się to kosztem dopracowania długofalowej strategii. Dziś sytuacja wygląda inaczej. Trwają prace nad kolejną odsłoną programu, określaną jako Chips Act 2.0, a decydenci mają wreszcie coś, czego wcześniej brakowało – czas na spokojniejszą analizę.
Największe niedobory zostały opanowane, pierwsze inwestycje są już zakontraktowane, a realne ograniczenia europejskiego sektora półprzewodników stają się coraz wyraźniejsze. W efekcie zmienia się też sama dyskusja. Wcześniej skupiała się głównie na tym, jakie technologie powinny być rozwijane. Teraz kluczowe staje się pytanie, czy Unia Europejska jest w stanie stworzyć system finansowania i zarządzania, który odpowiada specyfice tej branży – kapitałochłonnej i silnie rozproszonej globalnie.
Problemy Europy
Dużym problemem Europy, która próbuje konkurować z USA i Chinami, jest brak federalizacji. Nie można patrzeć na nią jak na jednolity twór. Państwa członkowskie wciąż dysponują dużą autonomią, co mimo wszystko utrudnia największe i kluczowe inwestycje. Pierwszy Chips Act jest tutaj doskonałym przykładem. Zamiast spójnej strategii europejskiej pojawia się system uzależniony od siły finansowej poszczególnych krajów. Problemem nie jest brak środków w skali całej Unii, lecz sposób ich dystrybucji. Jeśli obecny model się utrzyma, istnieje ryzyko niedoinwestowania części regionów oraz nadmiernej wewnętrznej konkurencji. Bogatsze państwa będą przyciągać projekty, podczas gdy inne pozostaną na uboczu.
Dochodzi też do tego kwestia koordynacji. Gdy poszczególne kraje negocjują z producentami chipów na własną rękę, może to prowadzić do rywalizacji o inwestycje wewnątrz samej UE. Niemal pewnym jest, że Europa nie zdecyduje się na pełną centralizację zarządzania sektorem półprzewodników. W dyskusjach wokół Chips Act 2.0 coraz częściej pojawia się jednak pomysł częściowego przesunięcia finansowania na poziom unijny. Celem jest ograniczenie rozdrobnienia i większa spójność działań.
Lepsze dopasowanie
To jednak dopiero początek problemów. Oprócz skali finansowania pojawia się kwestia dopasowania samych narzędzi polityki do realiów branży. Wiele inwestycji przemysłowych formalnie klasyfikuje się jako projekty badawczo-rozwojowe, choć w praktyce chodzi o rozbudowę mocy produkcyjnych. Ma to duże znaczenie, bo unijne zasady pomocy publicznej są znacznie bardziej elastyczne w przypadku innowacji niż wprost rozumianego wsparcia przemysłu. W efekcie część projektów trzeba nieprawidłowo oznaczać jako rozwój technologii, nawet jeśli ich głównym celem jest zwiększenie produkcji.
Problem robi się jeszcze bardziej widoczny w takich obszarach jak montaż czy pakowanie układów. To elementy łańcucha dostaw o dużym znaczeniu strategicznym, ale trudne do zakwalifikowania jako rozwój technologii. A to mocno utrudnia prawidłowe dofinansowywanie tego sektora. Nawet jeśli uda się poprawić sam system finansowania, pozostaje problem wciąż natury politycznej. Duże inwestycje w fabryki przyciągają uwagę i budują przekaz medialny. Mniejsze projekty – choć często równie istotne, np. w obszarze materiałów, projektowania czy pakowania – nie generują takiego zainteresowania.
Ta nierównowaga będzie się utrzymywać. Politycy mają naturalną tendencję do promowania spektakularnych inwestycji, nawet jeśli eksperci coraz częściej wskazują na potrzebę bardziej precyzyjnych, choć przyziemnych działań. W efekcie może dojść do rozjazdu między tym, co dobrze wygląda w komunikacji, a tym, co realnie wzmacnia łańcuch dostaw.
Co z popytem?
Do tego dochodzi ostatni, mniej oczywisty problem europejskiej strategii – popyt. Dotychczas polityka UE skupiała się głównie na zwiększaniu podaży – budowie nowych fabryk i rozwoju mocy produkcyjnych. Tymczasem same inwestycje nie wystarczą. Aby fabryki działały efektywnie, potrzebne jest stabilne i przewidywalne zapotrzebowanie na produkcję. Bez silnego zaplecza w sektorach takich jak motoryzacja, przemysł czy rozwijający się hardware AI, istnieje ryzyko niewykorzystania potencjału. To z kolei może wpłynąć na opłacalność inwestycji i zasadność dalszego wsparcia publicznego. Czy uda się więc wygenerować wystarczający popyt, aby utrzymać nowe moce produkcyjne?
Warto też wziąć pod uwagę czy europejskie fabryki pozostaną konkurencyjne, jeśli ceny starszych technologii zaczną spadać? Dynamiczny rozwój produkcji w Chinach zwiększa ryzyko nadpodaży, szczególnie w segmentach takich jak 28 nm czy 40 nm, gdzie Europa ma istotny udział. Dotacje mogą pomóc na starcie, ale nie gwarantują długoterminowej rentowności. A projekty takie jak Chips Act 2.0 powinny zakładać strategię przynajmniej na dekadę do przodu. Dzisiejsza sytuacja daje decydentom coś, czego brakowało kilka lat temu – więcej danych, doświadczenia i czasu na dopracowanie strategii. Jeśli pierwsza wersja programu była testem szybkości reakcji, druga będzie oceniana pod kątem jakości i trwałości przyjętych rozwiązań.