Certyfikacja: ufność czy ograniczone zaufanie?

Jak doskonale wiemy, każdy wyrób elektroniczny wprowadzany na rynek powinien być opatrzony znakiem CE, który potwierdza jego zgodność z wymaganiami zapisanymi w dyrektywach. Wystawienie przez producenta takiej deklaracji w wielu przypadkach poprzedza wykonanie badań produktu w zewnętrznym laboratorium, których wyniki stają się podstawą merytoryczną dla tego dokumentu.

Dodaj do ulubionych źródeł w Google
Posłuchaj
00:00

Nie wdając się w szczegóły i zawężając optykę do typowych przypadków, można powiedzieć, że zwykle badania takie obejmują ocenę bezpieczeństwa użytkowania, kompatybilność elektromagnetyczną oraz funkcje radiowe (RED). Oczywiście w praktyce badań i wymagań jest więcej, ale te wymienione są najczęstsze i najpowszechniej wykonywane.

Podczas testów urządzenie poddawane jest ściśle określonej procedurze badawczej obejmującej kilkadziesiąt punktów. Dla oceny bezpieczeństwa są to badania izolacji, jakości komponentów, wnikania wilgoci, odstępów izolacyjnych, oznakowania, kontrolę temperatury, odporności na przeciążenia, pomiar charakterystycznych parametrów takich jak prąd upływu, jakości ochrony przed porażeniem oraz użytych materiałów. Lista jest bardzo obszerna, stąd raport z badań na zgodność z LVD zawiera przeszło 100 stron, a łącznie dla wszystkich norm wyniki mogą mieć objętość wykraczającą poza 200 kartek. Niewielkim ułatwieniem jest to, że protokoły testowe są do siebie podobne, w tym kontekście, że szablon raportu jest częścią normy i procedury badawczej i taką dokumentację można utworzyć jako wspólną dla grupy wariantowej. Czyli jeśli produkt jest dostępny w kilku wersjach różniących się np. zakresem napięć lub mocą wyjściową, dokumenty badań mogą być wspólne.

Dla firmy o szerokim portfolio produktowym ocena zgodności z dyrektywami to ogromne repozytorium danych, dla laboratorium badawczego – jeszcze większe. Rozwój produktów, czyli rewizje, nowe wersje, wykonania kastomizowane pod wymagania klienta, formalnie skutkują koniecznością powtórzenia nowych testów lub aneksowania istniejących dokumentów. Pracy z utrzymaniem certyfikacji jest więc mnóstwo.

W ostatnich tygodniach Federalna Komisja Łączności USA (FCC) cofnęła autoryzację 23 laboratorium badawczym z uwagi na fałszowanie testów. Okazuje się, że ich protokoły badań zawierały dane skopiowane i wklejone z innych raportów, czyli innymi słowy placówki badawcze przerabiały stare dokumenty na nowe na komputerze, z pominięciem badań wyrobów. Zastrzeżenia dotyczyły placówek chińskich, niemniej tylko takie były kontrolowane.

Ruch ten potwierdza niestety częste obserwacje pojawiające się podczas lektury raportów z badań z placówek w Azji, gdzie pomyłki są na porządku dziennym, jeden dokument wykonany na etapie projektowania jest nieustannie modernizowany, aby pasował do potrzeb. Pomyłek i błędów nie widać na pierwszy rzut oka, bo dokumenty są obszerne, ale jest ich dużo. Złe etykiety produktu, niepasujące zakresy parametrów, identyczne wykresy, tabele zawierające niepasujące dane, a nawet złe zdjęcia płytek drukowanych to najczęstsze przykłady.

Brak rzetelności producentów i laboratoriów widoczny jest ponadto w tym, że modernizacje produktu polegające na użyciu innych komponentów spoza pierwotnej listy, zmiany mozaiki PCB (czyli rewizje) nie są weryfikowane i dokumentowane. Można odnieść wrażenie, że certyfikacja nie jest procesem badań wyrobów, ale dostarczaniem dokumentów, które będą wyglądały wiarygodnie i zostaną zaakceptowane.

Decyzja FCC w USA to ważny krok na drodze tępienia takich praktyk i trzeba mieć nadzieję, że nie ostatni. Do niedawna wykrywanie falsyfikowania było trudne. Dla organów nadzoru jest to zadanie wymagające bardzo dużych zasobów, a klientom kupującym produkty lub komponenty i potrzebującym raportów do wystawienia certyfikatów brakuje wiedzy, czasu i wnikliwości do oceny ich wiarygodności. Stąd do tej pory proceder był trudny do wykrycia. Ale to może być już nieaktualne twierdzenie – dzisiaj pomocna może być sztuczna inteligencja, której można zlecić analizę wielu dokumentów pod kątem potencjalnej falsyfikacji, zarówno dla firm jak i nadzoru rynku.

Robert Magdziak

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj ElektronikaB2B do ulubionych źródeł
Zobacz więcej w kategorii: Opinie
Pomiary
Lokalizacja bez GPS-a coraz bardziej potrzebna
Pomiary
Instrument-as-a-Software - instrumenty pomiarowe definiowane programowo
Pomiary
Czujniki kwantowe – przyszłość metrologii
Zasilanie
Zasilanie pionowe lekarstwem na problemy z integralnością
Zasilanie
Zasilanie 0,3 V w układach cyfrowych
Produkcja elektroniki
Analizy procesów i dokumentacja techniczna - tworzyć, czy nie?
Zobacz więcej z tagiem: Produkcja elektroniki
Informacje z firm
Essemtec nagrodzony za innowacyjny system dozowania Tarantula Dual Lane
Gospodarka
Infineon otwiera nowy hub produkcyjny w Tajlandii - strategiczne zwiększenie mocy i odporności łańcucha dostaw
Prezentacje firmowe
Rochester Electronics wprowadza Through Life Support 360™ (TLS360™), aby zwiększyć pewność w zakresie cyklu życia półprzewodników

Zobaczyć obiekt oczami radaru, czyli dlaczego potrzebujemy laboratorium do pomiarów RCS?

Radar postrzega świat inaczej niż człowiek. Zamiast obrazu tworzonego przez światło widzialne rejestruje echo wysłanej fali elektromagnetycznej. Na odpowiedź radarową obiektu wpływają nie tylko jego rozmiary, lecz także kształt, zastosowane materiały, częstotliwość oraz kierunek obserwacji. Dlatego dwa przedmioty o podobnych wymiarach mogą być dla radaru widoczne zupełnie inaczej. Jak zatem sprawdzić, co radar rzeczywiście "widzi"? Służą temu pomiary RCS, prowadzone między innymi w specjalistycznych laboratoriach, które zapewniają kontrolowane i powtarzalne warunki oraz umożliwiają uzyskanie dokładności wymaganej w danym zastosowaniu.
Zapytania ofertowe
Unikalny branżowy system komunikacji B2B Znajdź produkty i usługi, których potrzebujesz Katalog ponad 7000 firm i 60 tys. produktów